Geoblog.pl    ludziepodrozuja    Podróże    Projekt 2012 Azja południowo wschodnia    Vientian dzień dwudziesty ósmy
Zwiń mapę
2012
23
sty

Vientian dzień dwudziesty ósmy

 
Laos
Laos, Vientiane
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 2866 km
 
dzień dwudziesty ósmy 23 stycznia
Jesteśmy w Vientianie - stolicy Laosu. Nocny przejazd autobusem sypialnym należał do najgorszej nocy spędzonej podczas dwudziestu ośmiu dni w podróży. Niby wszystko zapowiadało się dobrze - VIP sleeping bus - znaczy, że autobus przystosowany do spania, niby miał być koc (w sumie to był), niby, że o 7.00 będziemy w Vientianie (w sumie to byliśmy), ale całość wrażeń - męcząca. W nocnych pociągach - super - można było się wyspać. Tymczasem przed wejściem do autobusu dostaliśmy torebki foliowe na buty, które musieliśmy zdjąć. Każdy zajął swoje miejsce w zbyt ciasnym fotelu nie przystosowanym do naszych europejskich wymiarów. W pojeździe były dwa poziomy foteli w 3 rzędach, dwa pod oknami i jeden na środku. Miejsce na nogi było umieszczone w obudowie pod leżanką pasażera z przodu. Całość dosyć dziwnej konstrukcji nie pozwalała na prawie żaden ruch. Przejścia pomiędzy siedzeniami z czasem poblokowane przez podręczny bagaż uniemożliwiały swobodne dojście do toalety, choć po jednokrotnej naszej wizycie w toalecie i przygodach z tym związanych, na kolejne się nie zdecydowaliśmy. Wypełniony kompletem pasażerów autobus ruszył z Luang Prabang o czasie. Ku naszemu lekkiemu zdziwieniu kilkakrotnie zatrzymał się zaraz za miastem i zabrał kilkoro miejscowych ludzi, którzy bez skrępowania rozłożyli się w wąskich przejściach między siedzeniami. Leżeliśmy tak jak "śledzie", a oni nic sobie z tego nie robili. Inną sprawą jest stan dróg w tym kraju, a właściwie ich brak. Przeważającą większość trasy nie jechaliśmy szybciej jak 30-40 km/h. Teren jest mocno górzysty, a serpentyny ciągną się w nieskończoność. Z dworca autobusowego w Vientianie wraz z dwoma poznanymi turystkami z Hiszpanii, po małych negocjacjach ceny, dojechaliśmy taxi do centrum. W zarezerwowanym wcześniej guesthouse zostawiliśmy bagaże i pomimo ciężkiej nocy pojechaliśmy rowerami na objazd miasta.
Vientian wcale nie przypomina typowej stolicy państwa. w całej panoramie miasta, którą oglądaliśmy na bulwarze nad Mekongiem i potem z łuku triumfalnego, widać tylko dwa wysokie budynki. A i te mają tylko kilkanaście pięter. Leżący nieopodal rzeki Pałac Prezydencki i łącząca go z łukiem triumfalnym szeroka dwupasmowa aleja bardzo nam się skojarzyła z Paryżem. Pewnie dlatego, że Laos był kolonią francuską, i odbija się to echem w tym mieście. Plac na którym Francuzi w 1962 roku wznieśli replikę łuku triumfalnego jest rozległy. Sąsiaduje z imponującym budynkiem rządu. Dwie fontanny na osi alei zwieńczone są gongiem pokoju. Łuk tryumfalny zwany raczej Victory Gate (bramą zwycięstwa), czy po laotańskiemu Patuxay, jest zlokalizowany na Lane Xang Avenue. Zbudowany na początku lat 60 dwudziestego wieku, jest monumentalnym budynkiem, niedokończonym ze względu na zawirowania polityczne. Następnie odwiedziliśmy duży kompleks świątynny Pha That Luang. Położona w północno wschodniej części miasta, wyróżnia się z otoczenia dużą stupą w złotym kolorze. Stupa zbudowana w 1566 roku przez króla Sayasetthathirath robi bardzo duże wrażenie.
Po małej dawce zabytków postanowiliśmy poszukać miejsca, w którym można by zjeść śniadanie. Nie wiem czemu, ale w Azji nie możemy znaleźć typowego śniadania w naszym tego słowa rozumieniu. Ponownie trafiamy w miejsce, gdzie zamawiamy noodle soup i rice, czyli zupa i ryż na śniadanie. Posiłek jedliśmy blisko guesthouse'u, więc odbieramy nasze bagaże z recepcji. Dostajemy klucze do naszego pokoju. Nie jest źle, parter w bocznym skrzydle budynku, łazienka w pokoju, wiatrak i klima. Niestety jak w większości odwiedzonych przez nas miejsc najczyściej nie jest. Wystarczyłoby trochę wysiłku obsługi w utrzymanie czystości i nie byłoby na co narzekać.
Po wcześniejszym rozeznaniu się w miejscach gdzie można tanio i dobrze zjeść, wybraliśmy się na kolacje nad Mekong. Wzdłuż muru świątyni Wat Chantabul rozłożyło się kilka stoisk z grillowanymi rybami, kurczakami i owocami morza. Wybraliśmy jeden z plastikowych stolików rozłożonych przez obsługę i dostaliśmy naszą rybkę z ryżem i makaron z kurczakiem. Dookoła przechodziło dużo ludzi, turystów i miejscowych. Po jakim czasie w naszą stronę podszedł człowiek,lichego wyglądu, uklęknął i prosił o jałmużnę. Nie spotkałem się jeszcze z tak bezpośrednim i wymownym gestem. Nie jestem znawcą ludzkich zachowań, ale prośba tego człowieka i jego postawa była według mnie prawdziwa. Gdy podziękował za skromny datek widzieliśmy dwoje małych dzieci. Chodząc od stołu do stołu prosiły o resztki z talerzy. Zbierały je do reklamówki i z gestem podziękowania odchodziły dalej. Nie powinniśmy zapominać, że na świecie jest dużo biedy. Jest takie powiedzenie, że podróże kształcą, coś w tym jest...

dzienne wydatki:

śniadanie 28.000KIP
wypożyczenie rowerów 20.000KIP
cola i shake 21.000KIP
kolacja 70.000KIP
lody i kawa 79.000KIP
hotel 110.000 KIP



dzień dwudziesty dziewiąty 24 stycznia
Już wiem, dlaczego guesthouse-y nie wiedzą czy jutro będzie wolny pokój, czy nie. Recepcjoniści/właściciele mówią, że jutro, w porze wymeldowania będzie wiadomo. A Ty chodzisz od guesthouse-u do guesthouse-u i poszukujesz na jutro. Udaje się to tylko wówczas, gdy naprawdę jest dużo wolnych pokoi. Jeśli są goście - nigdy nie wiadomo, kto będzie chciał zostać, tym samym - nie trzeba sprzątać pokoju, nie trzeba wymieniać ręczników, nie trzeba wymieniać pościeli - czysty zysk. Takie przemyślenia przychodzą do głowy, kiedy siedzę sobie spokojnie przy stoliku w Saysouly guesthousie, w którym nocowaliśmy. Przechodzili młodzi ludzie szukając pokoju - jeszcze nie czas... Pokoju należy szukać około 10-11. Wtedy wszyscy się określają, czy zostają, czy nie. Ale co zrobić, jeśli nocny autobus z Luang Prabang przyjeżdża o 7.00 rano, dworzec jest poza miastem, musisz tu dotrzeć, wiec wymięty i wykończony sleeping bus-em dojeżdżasz do stolicy - a tu zonk.
Generalnie jest lepiej niż dobrze. Nasze dwumiesięczne podróżnicze życie jest lepsze, niż przypuszczaliśmy. Od młodzieży, która z najczęściej podróżuje padają czasem pytania, jak my razem wytrzymujemy 24 godziny na dobę. Odpowiadamy zawsze tak samo, niezależnie czy pyta Hiszpanka, Holenderka czy Francuzka (bo jakoś bardziej kobiety to interesuje): sztuka kompromisów. sztuka ustępowania, nie tracąc z oczu własnych potrzeb. Sztuka odpuszczania.
Dziś jedziemy oglądać Xieng Khouan Buddha Park.Położony nad brzegiem Mekongu, przy mieście Nongkhai. TO park zbudowany w 1958 roku , gdzie jest duża ilość rzeźb zarówno Buddy, jak i innych statuetek. Park jest oddalony około 28 kilometrów od miasta, postanowiliśmy więc wypożyczyć skuter. Przy okazji zobaczymy Most Przyjaźni, który łączy Laos z Tajlandią i jest pierwszą stałą przeprawą mostową w dolnym biegu Mekongu. Most wybudowany został przez przedsiębiorstwo australijskie. W samej stolicy chcemy jeszcze zobaczyć zbudowaną w 1818 roku świątynię Vat Sisaket. To najstarsza świątynia w Vientianie, postawiona przez króla Anouvong. Jest to specyficzna świątynia, otaczający ją mur, a w nim krużganki mają ustawione w dwóch rzędach posągi buddy, na długości i szerokości całej świątyni. Dodatkowo w krużgankach na murach wykute są nisze, a w nich ustawione po dwie na niszę, setki małych rzeźb Buddy. Wygląda to imponująco.
Poruszanie się skuterem po ulicach Vientianu nie sprawia zbyt dużo stresu. Miasto rozległe i trochę prowincjonalne. Nawet w godzinach szczytu nie korkuje się za bardzo. Przepisy ruchu drogowego nie są zbyt rygorystycznie przestrzegane, ale kierowcy są za to raczej uprzejmi i jakoś w miarę płynnie poruszamy się po mieście w kierunku naszego pierwszego celu.
Po kilkunastu kilometrach natrafiamy na podniszczony i zaniedbany skansen. Zatrzymujemy się i wchodzimy do środka. Wstęp 5000 kip. W środku na kilkunastu hektarach stoją domy, zbudowane na wzór tych, w jakich w tym rejonie mieszkali w przeszłości Laotańczycy. Większość budynków jest niestety zamknięta, domyślamy się, że to z powodu ich złego stanu. Pomimo to można sobie wyobrazić jak tu kiedyś było pięknie. Zacienione wysokimi palmami alejki prowadzą nas do kolejnych punktów parku. Dotychczas jechaliśmy trochę na wyczucie w kierunku Parku Buddy. Nie widzieliśmy żadnego drogowskazu. Sprzedawczyni biletów w skansenie na migi wytłumaczyła nam ze obraliśmy dobry kierunek i jeszcze około 7 km przed nami. Parę minut później mijamy most graniczny z Tajlandią na Mekongu. Nie robi na nas takiego wrażenia jak się spodziewaliśmy. Właściwie bierzemy go z "marszu". Droga zaczyna się kończyć... a właściwie to asfalt na niej. Miejscami na długości kilkudziesięciu, kilkuset metrów jest bardzo dziurawy żwir.
Zrobiło się dosyć gorąco i jedziemy na przemian, to w kurzu, to w błocie, bo drogę polewają wodą duże ciężarówki. Trochę niepewny, czy jedziemy w dobrym kierunku zatrzymuje się. Próbując dopytać się o drogę szukamy kogoś kto choć trochę rozumie po angielsku. Nie jest z tym łatwo, ale udaje się. Docieramy na miejsce dokładnie po 29 km, od centrum Vientianu. Xieng Khouan Buddha Park wart był przebytej drogi. Największym obiektem jest tu posąg leżącego buddy z podparta ręką głową. Ma kilkadziesiąt metrów długości i kilkanaście wysokości. W jego sąsiedztwie ustawione są przeróżne rzeźby przedstawiające postaci i sceny z religii buddyjskiej. Dosyć ciekawym miejscem jest sporych rozmiarów budowla, kilkanaście metrów wysokim, przypominającym kształtem kulę. Na jej szczycie umieszczone jest coś na kształt drzewa. Całość misternie ozdobiona płaskorzeźbami. Na szczyt można wejść przez ogromną głowę z otwartą paszczą. W środku na trzech poziomach zrobione są jakby kolejne kapliczki w posągami buddy i innych bóstw hinduskich. Są usytuowane centralnie wokół osi budowli, otoczone podwójny murem - pomiędzy dwoma murami jest korytarz i schodki prowadzące na kolejne poziomy. Widok z góry na park jest imponujący. Informacje jakie znaleźliśmy na temat tego parku mówią, że pierwsze rzeźby były ufundowane przez darczyńców i postawione w hołdzie dla Buddy. Następni wierni ponawiali ten zwyczaj i przez ostatnie 60 lat powstało miejsce, w którym nagromadzonych zostało wiele rzeźb i posągów.
Nieśpiesznie wracamy do miasta. Mijamy po drodze i biedne chaty i chatki laotańskich ludzi, jak i "wypasione" domy, otynkowane, z oknami, drzwiami drewnianymi, tarasami, balkonami, ogrodami. Część wygląda na zadbane i nowe.

Stolica jest senna, jest ruch na drogach, ale mamy wrażenie, że większość interesujących punktów tego miasta już widzieliśmy. Zostają nam jeszcze ze trzy muzea - historyczne i wojskowe, ale podejmujemy decyzję, że skrócimy nasz pobyt o jeden dzień w Laosie.
Po krótkich poszukiwaniach znajdujemy biuro laotańskich linii lotniczych (Lao Airlines). Mamy dużo szczęścia, ponieważ godzinę przed zamknięciem (tutaj w zasadzie wszystko funkcjonuje do 16.00, a w nagrodę jest jeszcze przerwa na lunch, zwykle między 12 a 13) biura, udaje nam się zamienić nasz termin wylotu z 26 na 25 stycznia.
Póki co jesteśmy zadowoleni. Wszystko idzie zgodnie z planem. Teraz obiad, szybki tour skuterem po mieście. Przepiękne są bulwary nad Mekongiem, całe skąpane w słońcu, zarówno rano jak i wieczorem. Jeszcze zaliczamy świątynie Sisaket (nawet za parking nas kasują...), która jest warta pieniędzy, jakie płacimy za wejście. Na zewnętrznym obszarze świątyni oglądamy bibliotekę. To niewielki budynek, zbudowany na kształt świątyni, a w nim drewniana konstrukcja, bogato zdobiona malowidłami, przygotowania do przechowywania pism o tematyce religijnej.
Wieczór w tej azjatyckiej stolicy jest leniwy i spokojny. Nie ma hałaśliwego tłumu, w ogóle nie ma dużych gromad ludzi. Jest prowincjonalny spokój, sennie i leniwie otaczający turystów. Jedynie nad Mekongiem nieznacznie atmosfera jest ożywiona.
W pobliżu hostelu, w którym dziś nocujemy mąż funduje mi masaż. Prawdziwy laotański masaż (ciekawe ile w tym komercji), na całe ciało, trwający jedną godzinę. Korzystam. Najpierw mycie nóg. Opłukują mi nogi w misce, namydlają, osuszają ręcznikiem. Potem prowadzą mnie na piętro, gdzie na drewnianej podłodze leży około 12 materacy, każde stanowisko jest oddzielone od drugiego kotarami, przewieszonymi na drewnianych konstrukcjach. Masażysta przynosi szaty, coś na kształt chińskiej piżamki. Przebieram się. A później już tylko przyjemnie, bo każdy mięsień na stopach i nogach i rękach i plecach jest uciskany. Część masażu wykonywana jest przy pomocy stóp. Generalnie - przyjemnie i relaksująco. Jutro wylatujemy z Laosu.

dzienne wydatki:

śniadanie 40.000KIP
wypożyczenie skutera 80.000KIP
wstęp do Muzeum etnicznego 2x 5.000KIP
wstęp do Budda Park 2x 5.000KIP
obiad 28.000KIP
wstęp do Vat Sisaket 2x 5.000KIP
parking przed świątynią 3.000KIP
cola 2x 5.000KIP
kolacja 51.000KIP
kawa shake 10.000KIP
masaż 60.000KIP
hotel 110.000 KIP
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Komentarze (0)
! Możliwość dodawania komentarzy do tej podróży została wyłączona przez właściciela profilu
 
zwiedzili 3% świata (6 państw)
Zasoby: 23 wpisy23 0 komentarzy0 0 zdjęć0 0 plików multimedialnych0
 
Nasze podróże